Gallery

Najnowsze artykuły:

Arica - miasto wiecznej wiosny

Arica - piękne, stare portowe miasto w Chile, które rozciąga się od Oceanu Spokojnego aż do pustynnych gór bez źdźbła trawy. To tutaj doznałam mojego epickiego poparzenia skóry II stopnia i kąpałam się po raz pierwszy w Pacyfiku.  Zaparzcie sobie więc herbaty i uzbrójcie się w cierpliwość, bo dzisiaj będzie kilka wątków w jednym. Dlaczego? Dlatego, że to szczególne miejsce w Chile, które zainteresowało mnie pod wieloma względami. I chcę się tym z wami podzielić, zainspirować was być może oraz zwyczajnie wygadać się, bo mam ostatnio taką potrzebę. A jak gadać czy pisać, to chociaż z pożytkiem, prawda? Będzie więc podróżniczo i naukowo w jednym. Macie herbatę? Super. Zaczynamy.

Caroline Flower

Dlaczego miasto wiecznej wiosny?
Na pewno nie dlatego, że dużo tam wiecznie kwitnących kwiatów czy nieustannie zielonej trawy. No nie. Powiedzmy sobie uczciwie, że pod tym względem to jest bezdyskusyjnie pustynny klimat. Chodzi natomiast o pogodę. Arica to miejsce, w którym opady deszczu są najrzadsze w stosunku do reszty świata. Tak twierdzą naukowcy, którzy jednak uciąć swoich rąk za te teorie dać nie mogą, gdyż tym samym tytułem okrzyknęli również Antarktydę  (pisałam o tym TUTAJ), ale o tym będziemy dywagować dalej.
Opady w Arice występują zazwyczaj raz w roku, w lipcu (okres zimowy) i szacuje się je na jedynie 1mm rocznie. Zgodnie z obliczeniami królowej nauk wynika, że to zaledwie 1 litr na 1 m kw. Logika podpowiada mi również, że ten imponujący wynik nie jest ustanowiony przez jednorazowy opad w roku, lecz jest sumą zapewne kilku...kapuśniaczków w sezonie zimowym. Czyli ani na lekarstwo.
Mieszkańcy tańczyć i śpiewać w deszczu raczej nie mogą, a powiedzenie "leje jak z cebra" jest im całkowicie obce. Nie muszą też martwić się o parasole i większość z nich nawet takiego gadżetu nie posiada.
Reasumując ten wątek, skąpe opady deszczu oznaczają brak szczególnego zachmurzenia w mieście, a więc można cieszyć się nieustanym słońcem czyli... wieczną wiosną.
Caroline Flower
Położenie geograficzne miasta Arica
Pustynia Atacama
Pisząc, że to tereny pustynne, miałam na myśli prawdziwą pustynię. To wbrew pozorom pojęcie naukowej formy, gdyż na świecie jest wiele pustyń, nie tylko Sahara, ale nie na wszystkich prócz piasku występuje klimat pustynny. Taka na przykład polska Pustynia Błędowska, to nic innego jak piaszczyste pustkowie - swoją drogą bardzo piękne, niestety klimatem do rangi pustyni nie sięga i gdyby startowała w konkursie na Miss Pustyni, zostałaby zdyskwalifikowana. Może to i lepiej, cieszmy się europejską temperaturą.
Wspomniana Pustynia Atacama, która obejmuje 1000 km. i jest to jedyna pustynia na świecie, na której jakiekolwiek opady praktycznie nie występują. I teraz ktoś krzyknie: "Na Saharze przecież też nie pada". No pada. I to coraz częściej, czyniąc ją tym samym coraz bardziej zieloną. Jeśli komuś właśnie zrujnowałam dotychczasowy model wiedzy, z którym beztrosko żył, to bardzo przepraszam.
Ale do rzeczy, skupmy się na Atacamie. 
Chilijska pustynia może śmiało rywalizować o miano najsuchszego miejsca na ziemi z Antarktydą. I jak wspomniałam wcześniej, naukowcy nie są do końca zgodni w tej kwestii, gdyż jest zbyt wiele czynników mających wpływ na ten wynik. Na Antarktydzie opady również występują rzadko (niekoniecznie deszczu), ale w podsumowaniu rocznym szacuje się ich więcej niż na Atacamie. Lecz w niektórych miejscach nie spadło nic od 2 milionów lat. Z kolei na Atacamie opady deszczu nie przekraczają 1mm rocznie, bijąc rekordy, a jednocześnie w niektórych miejscach od 500 lat nie spadła nawet kropla. Z drugiej jednak strony nie są to 2 miliony lat. Więc na dwoje babka wróżyła. W tę kwestię zagłębiać się nie będę (choć bardzo bym chciała), gdyż po pierwsze - nie jestem meteorologiem, a po drugie - nie mam dostępu do rzetelnych danych, nad którymi mogłabym usiąść z kalkulatorem i sobie liczyć chociażby hobbystycznie. To by było swoją droga bardzo ciekawe, no ale tej zagadki dzisiaj nie rozwiążę. Może innym razem rozwlekę ten temat. Na chwilę obecną uznajmy, że Antarktyda jest najsuchszym miejscem polarnym, a Atacama najsuchszym niepolarnym i z tą myślą żyjmy.
Kończąc ponowną, nieplanowaną dygresję i powracając do Chile, dopowiem, że pustynia Atacama jest tak sucha, że nie rosną na niej nawet kaktusy. W dodatku niska wilgotność sprawia, że teren jest bardzo sterylny, więc nie trzeba konserwować żywności jeśli przemierza się to pustkowie. Należy jednak pogodzić się z tym, że włosy i paznokcie po takiej podróży będą do wymiany - kompletnie wysuszone. 

Teraz rodzi się zapewne w waszych głowach pytanie: co ta pustynia ma wspólnego z Aricą? Ma tyle, że miasto znajduje się na jej terenie, co właśnie czyni je tak wyjątkowym miastem.
Położenie pustyni Atacama.
Żółty kolor - przybliżony zasięg pustyni.
Pomarańczowy kolor - obszary o suchym klimacie.
Źródło: Wikipedia.org
Co nie oznacza, że w mieście nie ma cienia roślinności! Ulice miasta zdobią palmy i trawy, tworząc pełen życia krajobraz. Oto jedna z dróg w centrum:
Caroline Flower
Pierwsze rozeznanie w terenie
Azymut - ocean!
Kiedy zeszłam z pokładu do portu, od razu ustaliłam sobie cel: kąpiel w oceanie
Philippe namawiał:
- Może najpierw napijemy się kawy?
A ja na to:
- Nie. Ja idę się kąpać w Pacyfiku, bo ostatnio tylko po nim pływam cały czas i nawet stopy nie zamoczyłam.
Ostatecznie jednak dałam się namówić, bo była godzina 9:00... Haha! Więc szybkim krokiem zrobiliśmy jedynie wstępne rozeznanie, gdzie i jak daleko jest plaża, aby na nią wrócić. 
Caroline Flower
Pierwszy dzień - w drodze na plażę
Caroline Flower
Plaża. A tam, jak wszędzie i jak zwykle - pieseły!
W rezultacie wykąpałam się następnego dnia w południe. W dodatku była połowa marca, więc trochę się spóźniłam na sezon letni, gdyż najcieplejszy miesiąc w Arice to luty, a zima przychodzi w kwietniu. Muszę jednak przyznać, że o takiej temperaturze wody w Bałtyku można pomarzyć, nawet latem.

Caroline Flower

Caroline Flower

Caroline Flower

Plaża jak widać nie była zaludniona i absolutnie nie musiałam walczyć o parcelę, ponieważ było już trochę po sezonie turystycznym. Ale to i lepiej, bo ja za tłumem nie przepadam.

Przemierzając miasto
Centrum jest przyjemne, kolorowe i stosunkowo schludne (jeśli kogoś by to zastanawiało). Na targach można posmakować wyśmienitych, świeżych owoców, a w restauracji zjeść fantastyczne oliwki. Sprzedawcy trochę mówią po angielsku, ale warto znać podstawowe zwroty po hiszpańsku. Są bardzo życzliwi i uśmiechnięci. Arica skradła moje serce definitywnie.

Caroline Flower

Caroline Flower

Caroline Flower

Ale ponieważ nie jestem fanem zakupów w mieście i zazwyczaj wyszukuję punkty, które mogą mnie zainteresować bardziej niż sklepy z pamiątkami, to na temat centrum i jego atrakcyjności pod tym względem, do powiedzenia zbyt wiele nie mam. Ograniczam się zawsze do zjedzenia tradycyjnej potrawy, skosztowania regionalnego alkoholu i zakupienia magnesu do mojej kolekcji. Czasem kupię coś jeszcze, ale to nie jest mój główny cel.

Mogę za to przedstawić Wam jeszcze klub nocny "Praga". Nazwa bardzo mnie zaskoczyła i sądziłam, że coś oznacza w języku hiszpańskim, lecz nigdzie nie doszukałam się innego znaczenia, niż...Praga właśnie. Czyżby jednak było to nawiązanie do Czech? Zdumiewające. Lokal może swym zewnętrzem nie zachęca, choć po jego fanpage'u na FB wydaje się być całkiem w porządku w środku i ma się wrażenie, że nieźle prosperuje. Niestety nie weszłam do środka, ponieważ było przed południem, w dodatku  środek tygodnia, a do weekendu już mnie w Arice nie było. Ale jak widać, Praga jest nie tylko w Czechach :)

Caroline Flower
Opowiem wam jeszcze o fenomenalnym wzgórzu w centrum miasta, mumiach starszych, niż egipskie oraz epickim trzęsieniu ziemi, które zniszczyło Aricę do tego stopnia, że... chwilowo nie istniała. Ale te historie są ze sobą w pewien sposób powiązane i dotyczą właśnie wspomnianego wzgórza, mianowicie Morro de Arica. O tym wszystkim postanowiłam więc napisać oddzielnie, bo już wam się pewnie herbata kończy, zatem lekturę również czas powoli kończyć. 

Poparzenie skóry
Zostawiłam to na koniec, bo po tej tragedii, to już nie ma o czym pisać za bardzo. Będziecie mi współczuć, ręce rozkładać, pukać się w czoło w moim imieniu i ogólnie krzyczeć, że to mój brak odpowiedzialności. Być może. Choć nie sądzę. Używałam kremu z filtrem aczkolwiek zbyt słabego.

To było dramatyczne doznanie, ponieważ nigdy wcześniej żadne poparzenie słoneczne skóry mnie nie spotkało. Mam z natury ciemną karnację i nigdy nawet specjalnie się nie rumienię, lecz od razu jestem przysłowiową czekoladką. I nigdy wcześniej też nie urządzałam sobie podróżniczych aktywności w negliżu pod dziurą ozonową - Antarktyda się nie liczy bo, w koszulce na ramiączkach po lodzie nie hasałam. 

A tutaj w ciągu dwóch dni, podczas których spędziłam na zewnątrz w sumie ponad 20h, w słońcu, kąpiąc się w oceanie, spacerując po mieście, wspinając się na górę i znowu spacerując... Nabawiłam się poważnego uszkodzenia ciała mego, a dokładniej ramion. Miałam po pierwszym dniu co prawda bolesne uczucie naciągniętej i zbyt mocno opalonej skóry, ale wklepałam krem i w drogę. Nie spodziewałam się jednak tego, co nastąpiło dzień później... Pęcherze pojawiły się wręcz natychmiast i towarzyszyły mi przez wiele dni. 
Wiem, że patrząc na zdjęcia możecie odnieść inne wrażenie, ale skóra odkleiła się ode mnie podczas wieczornego prysznica, dobę po zakończonym zwiedzaniu Arici, gdy byliśmy na morzu i płynęliśmy w kierunku Peru.
Po pierwszym dniu
Po drugim dniu
Lekarz od razu zastosował regenerującą maść chłodzącą i oblepił mnie folią. Skóra mnie bolała i parzyła. Nie mogłam spać, brać prysznica, nosić ubrań - choć musiałam, bo każdy dotyk, nawet przez folię - sprawiał mi ból.  
Z folią na ramionach
Przez blisko dwa tygodnie występowałam na scenie w eleganckich koszulach z długim rękawem i spódnicach, zamiast sukniach wieczorowych. A potem już w sukniach ale z wciąż zasłoniętymi chustą ramionami, bo przebarwienia na mojej skórze były koszmarne. 
Dostałam zalecenie zakrywania ramion na słońcu przez najbliższe 3 miesiące i absolutny zakaz opalania się przez najbliższy rok. 

To poparzenie sprawiło mi wiele problemu podczas pobytu w Peru, w Miraflores, w którym się zgubiłam i opisałam jakiś czas temu: O tym jak zgubiłam się w Peru. Moja wizyta w tym kraju nastąpiła bowiem kilka dni po Arice i wciąż miałam pęcherze na ramionach. I pojawiły się nawet kolejne, na przedramionach... Nie mogłam jednak odmówić sobie zwiedzania Miraflores, więc jak możecie zobaczyć - mam tam na zdjęciach podkoszulek wyraźnie zakrywający moje ramiona - super, prawda? Yhy, naprawdę świetnie, zwłaszcza, że moja skóra była do niego przylepiona, a wszystkie bąble pod nim pękały i spływała po mnie surowica wraz z potem, bo był koszmarny upał. Umierałam z bólu, gorąca i w ogóle miałam wrażenie, że za moment całe mięso będę miała na wierzchu i już całkowicie się usmażę.

Delikatne zmiany na skórze mam do dziś - niestety - i nie opalam się równomiernie w tych miejscach. Musi to być dla was mało przyjemne gdy to czytacie, ale nie zawsze trzeba kończyć opowieść ze smakiem. Niech więc to będzie dla was przestrogą, że z dziurą ozonową się nie dyskutuje.

Uściski! 

4 komentarze:

  1. co za miejsce! współczuję poparzenia, wiem jak to utrudnia życie... A do Peru na pewno w końcu dotrę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, po tym poparzeniu miała ochotę przeteleportować się w jakieś zimne miejsce ;) Życzę Ci Aniu z całego serca, aby udało się Tobie odwiedzić Peru :)

      Usuń
  2. Fajna przygoda, kąpiel w Pacyfiku w marcu. U nas raczej w tym okresie tylko morsy można spotkać nad Bałtykiem.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda :) Ale w Chile marzec to już w zasadzie schyłek lata, wszystko odwrócone :) A w kwietniu zima - co prawda nie taka jaką my znamy, ale "ichniejsza"! Haha :)

      Usuń