O tym jak zgubiłam się w Peru

Brak umiejętności poruszania i odnajdywania się w terenie, to rzecz ludzka. W moim wypadku jest to również rzecz całkowicie normalna i od razu zaznaczam, że to się nie zmieni, a i zmieniać tego to ja nawet nie mam zamiaru, ponieważ dzięki GUBIENIU SIĘ mam szansę przeżyć dreszcze, o jakich mi się nie śni nawet. No teraz, to już czasami mi się śni. W każdym razie jeden dzień w Peru, w Miraflores, przysporzył mi nie lada stresu. 



Milion razy już się gubiłam. Potrafię nawet zbłądzić w mieście, którego ulicami chodzę od 10 lat. Ale wiecie, to nie ten sam poziom przerażenia. Co innego pomylić ulice w Polsce i szukać zaułka, gdzie sprzedają najlepszą w mieście kawę, gdy zawsze można zapytać przechodnia: "przepraszam, szukam..";  a co innego zgubić się w Ameryce Południowej bez dokumentów, zasięgu i hiszpańskiego języka, kiedy nikt nie odpowie ci na pytanie, bo go nie rozumie, a ty masz do stracenia więcej, niż tylko CZAS.

Moja wizyta w Miraflores była ściśle związana z kontraktem, jaki miałam na statku ekspedycyjno-pasażerskim na Antarktydzie. Na trasie powrotnej, po czterech miesiącach pływania po lodowej krainie, znalazła się Ameryka Południowa.
I tak w marcu, upalnego dnia, wpłynęliśmy do portu w Callao oddalonego o 1h busem od Miraflores. Postój przewidziany był na 10h. Podstawiono nam darmowy autokar, który nas pięknie zawiózł pod znany hotel i stamtąd miał nas później odbierać w kilku ustalonych kursach. Ostatni o 19:00.
Była 11:00. Wysiadłam pod hotelem i każdy poszedł w swoją stronę, zwiedzać na swój sposób. Wiedziałam, że o 14:00 pod hotel podjedzie kolejny autobus, i że nim właśnie przyjedzie Philippe, z którym byłam umówiona, i który nie mógł przyjechać ze mną, bo swoją zmianę kończył później.

Mogłam wprawdzie na niego poczekać na statku i przyjechać mogliśmy razem, wówczas obyłoby się bez błądzenia, jednak chciałam poznać miasto samotnie i pochodzić po sklepach. Też samotnie.
To zdjęcie jest akurat z drugiego dnia w Miraflores, ponieważ z pierwszego nie mam za wiele... :)
Ruszyłam. 
Jeden sklep, drugi, dziesiąty. Bolały mnie ramiona i miałam na nich bąble, bo kilka dni wcześniej poparzyłam się bardzo poważnie na słońcu w Chile podczas wspinaczki na Morro de Arika. Tak więc nie mogłam spacerować w turystycznym negliżu, bo zaleceniem doktora House'a było między innymi: ZAKAZ OPALANIA SIĘ PRZEZ ROK I POLECAM SIĘ NA PRZYSZŁOŚĆ.

A stopni Celsjusza czterdzieści. Dziura ozonowa nade mną. Filtr na skórze UV50. Piekło. Spojrzałam na zegarek: "Pff! Mam czas!". I tej pozytywnej myśli się trzymałam. Do czasu.
Przed wejściem do ostatniego już sklepu powtarzałam sobie w głowie, w którą stronę skręcić po wyjściu z niego. No i skręciłam w złą oczywiście. W rezultacie zamiast wracać pod hotel, oddalałam się od niego. Zorientowałam się po 40-stu minutach, bo okolica wydawała mi się być podejrzanie...OBCA.

Spanikowałam. Zostało mi 30 minut aby pojawić się pod hotelem! Stanęłam i zaczęłam się rozglądać. Nie mogłam sobie przypomnieć, z której ulicy wyszłam, żeby móc ustalić trasę powrotną. One wszystkie wyglądały TAK KUŹWA SAMO! Złapałam się za głowę i zaczęłam pytać ludzi, czy mówią po angielsku. Koniec języka za przewodnika, ale Hello, how are You do pomocnych pogadanek nie należy, a Peruwiańczycy z angielskim niekoniecznie są zaprzyjaźnieni.

Nie wspomnę, że jeden z panów tubylców, na moje zapytanie w języku angielskim, odpowiedział mi: "Pesos, pesos!". Czy to oznacza, że za pieniądze mówi po angielsku a za darmo nie?

Mogłam się w dzieciństwie chociaż Esperanto nauczyć...

MOJA PANIKA - WYTŁUMACZENIE ZJAWISKA
Ponieważ możecie pomyśleć, że mogłam zadzwonić na ten przykład. No na ten przykład wyjaśniam, że niestety nie mogłam właśnie. Połączenia wychodzące zablokowane - od 5 miesięcy nie doładowałam telefonu nawet pół raza - jaka nędza. W dodatku nawet nie miałam numeru do Philippe, ponieważ na statku telefon jest przedmiotem najmniej potrzebnym, kontaktujesz się z ludźmi idąc do nich i pukając do drzwi ich kajuty. Co do internetu - Miraflores nie jest rajem dla nerdów i o publiczny internet trudno, a gdybym złapała wi-fi w knajpie, to i tak Philippe nie odczytałby wiadomość na czas, bo sam był poza zasięgiem. Musiałby się domyślać, że się zgubiłam i zacząć szukać połączenia z  internetem, i tak dalej, i tak dalej, i dostałabym zawału a on jeszcze by mnie po tym zawale zamordował. O ile by mnie znalazł. Potem pomyślałam, że w końcu złapię gdzieś neta i skorzystam z nawigacji, ale moja bateria w mojej very smart komórce już miała chyba z 2%, bo ja nie dbam o takie rzeczy i bez telefonu nie czuję się jak bez ręki, nogi, czy zęba. 
Wolę aparat. Ale nie ma jeszcze funkcji dzwonienia za darmo na numer, którego się nie zna...

-------------------------------------------------------------
ZABAWNA DYGRESJA MOI MILI:
Dzień wcześniej, wieczorem, dokładnie wszystko z Philippe planowaliśmy i zażartowałam: 
- A co jak się zgubię i nie pojawię się na czas pod hotelem?
 On na to: 
- Przestań tak mówić, nie zgubisz się. Śpij już. Dobranoc.

On mnie jeszcze wtedy dobrze nie znał, bo dzisiaj to by już miał plan B na takie okoliczności. 
A nawet planowanie zacząłby od: "Najpierw ustalmy, że na wypadek, gdybyś się zgubiła...".
-------------------------------------------------------------

FIN DE MI AMIGO!
Stojąc tak na ulicy, pomyślałam: "To koniec. Jeśli nie pojawię się pod hotelem na czas, Philippe zacznie mnie szukać. Jeśli uda mu się złapać neta i napisze coś do mnie na FB, to i tak nie odczytam wiadomości, bo telefon mi za chwilę padnie. Z kolei bez namiaru i kontaktu nie znajdzie mnie tak łatwo, bo wywiało mnie że ojojoj i nie domyśli się, gdzie polazłam. Jeśli ja zaś nie znajdę drogi do hotelu, to spóźnię się na ostatni autobus powrotny do portu i statek odpłynie, a ja zostanę tutaj i mimo, że mam pieniądze, to nie będę mogła nawet biletu do Polski kupić, bo mój paszport jest w recepcji na statku, książeczka marynarska w kajucie, a polski dowód w Ameryce Południowej, to sobie co najwyżej w portfelu jak ozdobę można nosić. Nie mam nawet numeru do recepcji, żeby od kogoś obcego zadzwonić i poinformować, że się zgubiłam i żeby mnie ktoś odebrał z knajpy TACOS. A statek czekał na mnie nie będzie, bo dodatkowa godzina postoju w porcie kosztuje przynajmniej 10 razy więcej, niż moja miesięczna pensja. A żeby mnie znaleźć, to i tak godzina za mało - musieliby rejs odwołać. Żegnaj przygodo. Było fajnie. Będę wspominać. Adios!"

Gwoli ścisłości - statek naprawdę nie czeka. Statek zawija schody i punktualnie wypływa. Przedłużenie postoju w porcie, to są takie koszta, jakie niekoniecznie jest im na rękę ponosić aby uratować z opresji członka załogi. Smutne, przerażające, ale niestety takie są realia, które zwie się fachowo PROCEDURY. 

CO JEDNA GŁOWA TO...NIE DWIE ALE LEPSZA JEDNA, NIŻ ŻADNA
W ostatniej chwili jednak mnie olśniło! Zaczęłam wypatrywać białoskórych turystów - bez rasistowskich oskarżeń :) -  to bowiem była największa szansa na rozmowę po angielsku. Zagadywałam więc podejrzanie jasnych ludzi, ale wielu z nich mimo języka angielskiego, nie miało pojęcia gdzie jest hotel, którego szukam. W końcu trafiłam na blondyna o wzroście metrów trzysta chyba, który włosami haczył o chmury. Zupełnie jak Guliwer z powieści Jonathana Swifta. Krzyknęłam w niebo: "du ju spik einglisz?!". Tak, tak, pogadaliśmy, pośmiał się ze mnie, że zabłądziłam i uświadomił mi, że hotel do którego drogi szukam, jest oddalony stąd o 20 minut...AUTOBUSEM... Wykrzyknęłam: "COOOOO???? To niemożliwe, że aż tak się oddaliłam!". Guliwer spojrzał na mnie podejrzliwie, bardzo się przy tym nachylał, prawie kucał:
- a może o inny hotel Ci chodzi? Może o Mariot?

Po krótkich ustaleniach doszliśmy do wniosku, że cały czas pytałam o zły hotel...
Oto zdjęcie kapusty. W środku jest głąb, czyli JA.
Guliwer pokazał mi drogę. Tak dobrze znał miasto. Pewnie dlatego, że jest taki wysoki i z góry sobie tylko patrzy na okolicę jak na mapę. Ale ma fajnie. Ja to nawet do okien ludziom zajrzeć nie mogę z moim metrem sześćdziesiąt pięć w porywach do siedem jak się wyprostuję i przeciągnę.
Okładka książki. Źródło: Google
Biegłam! Na trasie, na jednym z budynków ujrzałam oznakę obecności Polaka, który z furii lub wściekłości zapewne wysprejował w ojczystym języku słowo, pod którym - gdybym miała narzędzia - dopisałabym: "MAĆ". Może też się zgubił. Może wciąż tutaj jest. Who knows.
To było jak wisienka na torcie.
Moim calineczkowym truchtem nadrobiłam trochę stracony czas i zdążyłam kupić jeszcze mały, ozdobny instrument gitaro-podobny :) Pod hotelem byłam przed czasem, zmachana, zmęczona, spocona i zestresowana. Generalnie psychiczny wrak człowieka. 

Później wraz z Philippe - facetem normalnego już wzrostu - mogłam spokojnie zwiedzać Miraflores. Bez obaw, że się zgubimy.
On ma jakiś taki dar - zawsze zna drogę mimo, że nigdy tutaj nie był i nie jest Guliwerem.
Ja też mam jakiś taki dar - nigdy drogi nie znam. 
Dobrze nam się razem podróżuje.


Jaki z tego morał? Pewnie wiele by ich naliczył. Ja tymczasem nie nauczyłam się niczego. Po Peru zgubiłam się jeszcze wiele razy w wielu innych miejscach. Już co prawda z mniejszym przerażeniem, ale pewnie dlatego, że wprawiona byłam po Miraflores, wycwaniłam się i... nie, nie robię niczego szczególnego, po prostu silnie wierzę w to, że zawsze wyjdę z opresji :)

Kłaniam się. Dziękuję. Polecam się jako przewodnik.
Share on Google Plus

About Caroline Flower

O samej sobie w słowach kilku? Proszę: Muzyk, dziennikarka, podróżniczka i blogerka. Z zawodu marketingowiec. Niedoszły terapeuta. Kocham czytać treści nieprzecietne, uwielbiam czarny humor i gotowanie. Nagrywam płytę, piszę książkę i wiersze. Maluję, rysuję, kolekcjonuję znaczki, pieniądze i korki od wina. Wartość i radość odnajduję w rzeczach prostych. Lubię historie ludzi i miejsc. Wierzę w duszę i jej zjawiskowość. Mam bzika na punkcie mopsów. Chcesz wiedzieć więcej? Zakładka O MNIE.

19 komentarze :

  1. Ja w zasadzie nie pogardziłabym takim przewodnikiem jak Ty :) Przynajmniej miałabym gwarantowane atrakcje i wrażenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja trochę Ci współczuję, ale nade wszystko zazdroszczę! Zazdroszczę wspomnienia, które zostanie z Tobą do końca życia! Do śmiechu Ci zapewne nie było, ale będzie co opowiadać wnukom! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda - nie było mi wtedy do śmiechu. Teraz po czasie jest to oczywiście historia do kolekcji z cyklu: "Opowiadania na bujanym fotelu" :)

      Usuń
  3. Ale wrażeń. Chociaż się zgubiłas to to co zobaczyłeś na własną rękę to Twoje ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, w tym stresie to nawet nie jestem pewna, czy udało mi się zwiedzić tyle, ile oczekiwałam, lecz drugiego dnia nadrobiłam ;)

      Usuń
  4. Ja pewnie też bym panikowała! Ale najwazniejsze, że wszystko dobrze sie skończyło, a z perspektywy czasu takie przygody wydają się ciekawsze niż "zwykłe" zwiedzanie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgodzę się :) Takie historie sprawiają też, że ma się większą ochotę wracać wspomnieniami do jakichś miejsc, bo po prostu JEST CO WSPOMINAĆ :)

      Usuń
  5. Najbardziej uraczylo mnie zakonczenie "nie nauczylam sie niczego". Super sie usmialam xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz... w sumie fajnie się zgubić od czasu do czasu ^^ Trochę adrenaliny. To zamiast wspinaczki wysokogórskiej, której trochę się boję.

      Usuń
  6. Dobrze, że się dobrze skończyło - na pewno długo będzie co wspominać!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale historia! :) Ja też się lubię zgubić.. będzie co wspominać ^^

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo dobrze rozumiem chęć oglądania nowych miejsc samodzielnie - a chodzenie po sklepach to już w ogóle. Zupełnie inaczej się wszystkiego doświadcza, niespiesznie, pełniej, w bardziej zaskakujący sposób.
    Będąc z tatą w Lizbonie kilka lat temu, zawędrowaliśmy od Belem aż po jakiś uniwersytet na szczycie góry. Jak trafić stamtąd do domu za bardzo nie wiedzieliśmy, a żaden autobus nie przyjeżdżał. Na szczęście bardzo mili państwo zaproponowali, że nas podwiozą. Oczywiście mówili po angielsku. Ale to prawda - należy wierzyć, że wyjdzie się cało z każdej drobnej lub większej opresji. Czasami właśnie to są najlepsze przygody :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Aż poczułam Twoją frustrację ;) z wygodnej kanapy to brzmi jak kolejna przygoda podróżnicza, ale emocje na miejscu musiały być niezłe. Wszystko dobre, co ma dobry ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Niezła historia. Oto jak należy opowiadać przygody :)

    OdpowiedzUsuń
  11. O nie, mimo wszystko wolałabym się nie gubić, nie chcę takich dreszczy :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też wolałabym się nie gubić, ale jakoś nie mogę opanować tej tendencji :) Haha!

      Usuń

Post, który podbił serca moich czytelników! Przeczytaj:

O psie, który utknął na granicy

Mówi się, że nie tylko właściciel wybiera psa, ale także pies wybiera właściciela. Nie wiem jak było w naszym wypadku, ale z pewnością wied...