Red Alert, czyli burza śnieżna na Wyspie

Zaledwie 10 cm śniegu i -3, a w ciągu kilku godzin miasto zostało sparaliżowane. Odwołano wszystkie kursy autobusów miejskich. Jedynie Airlink bus na lotnisko jeździł, ale nie wiem w jakim celu skoro lotnisko też zamknęli. Nieczynne były również szkoły, wiele sklepów oraz serwisy usług publicznych. Ogłoszono czerwony alarm.
York Pl. Street, Edinburgh, widok na pub The Conan Doyle
Markety opustoszały w ciągu jednego dnia. Tak jakby ogłoszono zagrożenie wybuchu bomby nuklearnej. Oczywiście ja również zrobiłam zapasy jak na wojnę, ponieważ mentalność Szkotów zaskoczyła mnie na tyle, iż zaczęłam się obawiać, że nie będę miała nazajutrz co jeść. Poczułam smak PRL-u, którego nie pamiętam. Pusto. Nawet gazety wykupili. Chyba ze strachu, że utkną na kilka dni w domu. Zero chleba, zero mleka - tylko warzywa, w których nie gustują. Zima stulecia spowodowała utarg stulecia. Bez wątpienia.

Tylko jeden sklep na mojej ulicy nie poddał się śnieżycy i miał dostawę o 10:00 w najgorszą zawieruchę. Taste of Poland - mały lokal wielobranżowy na przeciwko mojego mieszkania. Oczywiście polski, bo jakżeby inaczej. Panowie wykonywali alpejskie kombinacje aby najpierw zaparkować tira na zaśnieżonym poboczu, a następnie wyładować palety. Wyglądało to jakby dwa bałwany taszczyły igloo. Z całym szacunkiem dla panów deliverów, bo bałwanami nie byli, zrobili wręcz odważną i godna podziwu robotę. Można było więc spokojnie skoczyć w kapciach po pierogi i kabanosy. Co też z Philippe'm uczyniliśmy.

Polski fryzjer zaraz next to Taste of Poland również wojował o klientów. Nie wiem, kto miał w zamyśle strzyżenie lub farbowanie, gdy w mieście red alert, ale Polak z Warszawy dumnie odśnieżył wejście do saloniku i otworzył punktualnie. Czy miał tego dnia choćby pół zaśnieżonego klienta? Nie mam pojęcia, ale przynajmniej nie pluł sobie w brodę, że stracił okazję do utargu.
Jedna z ulic na moim osiedlu
Miasto w czwartek po prostu umarło. Wyspa nie była przygotowana na tę śnieżycę. Ostatnią srogą zimę podobno goszczono w 2006, choć nie w takiej skali. Dlatego najczęściej wspomina się bardziej tę z 1991 roku, która również sparaliżowała w podobny sposób większą część wyspy. Tego roku też zostaliśmy odcięci od świata – myślę, że śmiało można tak to ująć. Nie do końca jednak przez pogodę samą w sobie, lecz bardziej przez nieudolność i nieprzygotowanie władz miejskich do takiej sytuacji. Przez cały dzień bowiem, przez jedną z najbardziej ruchliwych ulic nie przejechał nawet pług śnieżny. Ani pół pługa nawet, o! Nie dziwota więc, że piętrowe autobusy nie jeżdżą, bo by fikołka zaliczyły na pierwszym zakręcie, a takich sporo tutaj. Taxówki nawet były not in service, więc tylko w laczkach można było się poruszać... To i sklepy zamknięte, banki i szkoły, no bo jak inaczej?
Kolejna sparaliżowana ulica, której nawet miasto nie odśnieża...
Jeśli chodzi o temperaturę, to nie wiem skąd ta panika, bo mróz -3to nie mróz dla Polaka i dopóki pies mój – Homer, nie podkurcza łap na spacerze - wiem, że termometr nie spadł jeszcze do -5. Poza tym wstyd wręcz tragizować w kwestii niskiej temperatury, kiedy rodacy moi toczą bitwę z -15 za dnia i -20 nocą. I śmieją się z wyspiarzy, że ich zima zaskoczyła ( cytuję: "Haha! Śnieg zimą - rzeczywiście anomalia!"). Tyle, że z nas z kolei śmieją się Rosjanie, bo dla nich -15, to jak dla nas -5, więc tutaj jakby kwestia sporna, dotycząca tolerancji zimna mniej lub więcej. Albo mniej więcej.

Nawet grudniowy sztorm "Karolina", którego obawiali się meteorolodzy nie był tragiczny. Troszkę powiało i popadało. Gorzej odczuła go Irlandia i Anglia. W niektórych miejscach tylko ogłoszono żółty alarm. A puchu z nieba napadło zaledwie 5 cm...

Dla mnie to normalne, że zimą spada śnieg. I że spada go sporo. Brytyjczycy jednak panikują, nie przychodzą do pracy i zostają w domach. Zamykają sklepy, szkoły i serwis publiczny. Moje zdziwienie zmieniło się po dwóch dniach w obojętność. Przynajmniej nie było tłoku na ulicach. Polska kiełbasa w lodówce, to i mogę koczować w domu kilak dni. Tylko ten wiatr - wieje wciąż i wciąż. Mam wrażenie, że jego fala jest nieprzerwana. Zastanawiam się, czy to aby normalne, czy zalicza się już do jakiego wynaturzenia meteorologicznego? Jest takie polskie przysłowie:
Biednemu zawsze wiatr w oczy
Mam nowe. Szkockie:
Szkotom zawsze wiatr w oczy
Fot. itsfunny.org
Śnieg padał przez te dni cyklicznie. Co 15 minut przez 15 minut. Miał straszne zrywy. Padał i nie mógł spaść. Tak raz a dobrze. Towarzyszył mu oczywiście przyjaciel wiatr,o którym wspomniałam. Ulice wyglądały tak:


Kiedy jednak na chwilę przestawało padać, było cudownie i można było śmiało spacerować po mieście robiąc epickie zdjęcia:
Zdjęcie z budka telefoniczną jest obowiązkowe!
Odkryłam też, że przez paranormalne zjawisko wiatru w Szkocji, śnieg tutaj pada do góry. Można więc powiedzieć, że najpierw pada, a potem...wypada. Tak. Dokładnie tak to można ująć. Wiatr odrywa drobinki śniegu od ziemi i goni z nimi po prostej ku niebu. Nocą pięknie się takie show obserwuje, jakby grawitacja zwariowała. Ale za dnia do przyjemnych doznań to nie należy. Śnieg pod kaptur wpada i do nosa.

Utknęłam na prawie trzy dni w domu. Każe moje wyjście (do pustego sklepu, po którego odwiedzeniu lądowałam w pubie na piwie) kończyło się tak:


Jedyne miejsce, o które można było się zahaczyć na mieście, i w którym nie było deficytu na towar, to własnie pub. Miałam wrażenie, że wszystkie są otwarte. Że Szkoci tylko czekają na zimę stulecia, aby pozamykać swoje budy sklepowe i legalnie pić od świtu do nocy. Poskutkowało to tym, że i ja skusiłam się na kilka piw w południe, czego nie czynię za często zbyt. Zwłaszcza zimą. Po wyjściu z pubu zrozumiałam, na czym polega taniec z wiatrem ;)

Wielka śnieżyca na wyspie, hmm? Przypomina mi się książka S. Kinga "Sztorm stulecia". Tam też była wyspa, przerażająca burza śnieżna i uwięzieni w ratuszu mieszkańcy. Udzieliła mi się ta atmosfera. Zwłaszcza, że nie ma tutaj zbyt dużo słońca.
W Edynburgu nie byłoby jednak możliwości schronienia się i zjednania w czasie burzy. Urzędy były nieczynne. Zamknięto nawet kościół na mojej ulicy, więc Bóg ewidentnie opuścił miasto...
*
Na szczęście dziś już poniedziałek.
Śnieg stopniał i zamiast lepić bałwana, możemy pływać.
Jest dobrze.

Share on Google Plus

About Caroline Flower

O samej sobie w słowach kilku? Proszę: Muzyk, dziennikarka, podróżniczka i blogerka. Z zawodu marketingowiec. Niedoszły terapeuta. Kocham czytać treści nieprzecietne, uwielbiam czarny humor i gotowanie. Nagrywam płytę, piszę książkę i wiersze. Maluję, rysuję, kolekcjonuję znaczki, pieniądze i korki od wina. Wartość i radość odnajduję w rzeczach prostych. Lubię historie ludzi i miejsc. Wierzę w duszę i jej zjawiskowość. Mam bzika na punkcie mopsów. Chcesz wiedzieć więcej? Zakładka O MNIE.

0 komentarze :

Prześlij komentarz