O psie, który utknął na granicy

Mówi się, że nie tylko właściciel wybiera psa, ale także pies wybiera właściciela. Nie wiem jak było w naszym wypadku, ale z pewnością wiedzieliśmy, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Dlaczego? Mamy podobne zamiłowanie do podróży i... TARAPATÓW.


Pogodziłam się już dawno z tym, że jestem chodzącą książką przygodową i zdarzają się w moim życiu przedziwne sytuacje. Najczęściej takie na granicy science fiction i najczęściej doprowadzające mnie do granicy zdrowia psychicznego. Nie sądziłam jednak, że mojego psa również to zjawisko dotyczy...

Od października jestem w Szkocji. Nie ukrywam, że było ciężko przetransportować psa samolotem, więc postanowiłam, że Homer dołączy do mnie trochę później i przybędzie wspaniałym, magicznym, profesjonalnym busem, przystosowanym wyłącznie i specjalnie do przewozu zwierząt! Przestronne transportery, karmienie, spacery, klimatyzacja, opiekun podczas podróży i w ogóle psie piccolo, jacuzzi, open bar na smakołyki i drapanie za uszkiem w cenie. Firma miała wspaniałe opinie klientów na FB i na stronie, więc uznałam: dobry wybór!
Był plan - cudownie!
Przystępna cena - perfecto!

Miałam pewne obawy związane z faktem, iż nikt nie chciał ze mną podpisać umowy. W zasadzie żadna z czterech firm transportowych, z którymi się kontaktowałam, nie podpisuje żadnych umów. Wszystko odbywa się mailowo, a płaci się w gotówce... Pozostawię to zjawisko bez komentarza, bo większość z was i tak wie, co mam na myśli..

Żeby nie czynić historii Homerra Pottera napiszę w skrócie, że weterynarz dzień przed wyjazdem, podając psu tabletkę na odrobaczenie, pomylił miesiące w jego paszporcie... Zamiast listopadowej daty wpisał październikową. Nikt tego nie dostrzegł, nie zorientował się. Moi przyjaciele byli przekonani, że pies jest gotowy do wysyłki za gramanicę, kierowca firmy transportowej również nie rzucił okiem na dane paszportowe i daty zbyt dokładnie. A sam weterynarz - ślepota medyczna, z zadowoleniem życzył mojemu psu przyjemnej nightmare travel. Nieświadomie co prawda. Ale jednak.

Najmniej jednak świadom całej sytuacji był mały śmierdziel, który przemierzył pół Polski, całe Niemcy i całą Francję, aż do północnej granicy w Calais, gdzie powinien wjechać na prom, ale tego nie uczynił, ponieważ w końcu sprawdzono datę podania tabletki na odrobaczenie...
Mapa przedstawia trasę samochodową z Polski do Szkocji oraz punkt, w którym utknął Homer.
Przepisy Niemiec i Francji na temat przewozu zwierząt nie określają tabletki na odrobaczenie
jako obowiązkowej, dlatego nikt wcześniej psa nie zatrzymał. Aż do Calais...
Tabletka na odrobaczenie - innymi słowy: przepustka dla psa do UK. Mój zwierz posiadał przeterminowaną, ponieważ ważność tabletki to tylko 5 dni od podania. Zatrzymano mojego psa na granicy, kierowca wywiózł go do jakiegoś hotelu dla zwierząt za miasto i pojechał dalej. Zadzwonił i poinformował mnie o całym zajściu. Byłam bliska zawału. Homer utknął we Francji. Powiedziano mi, że takie przypadki zdarzają się raz na tysiąc... Czy ja zawsze muszę być statystycznym wyjątkiem?

W ŻYCIU TRZEBA MIEĆ JAJA

Wokół tej sytuacji było bardzo dużo zamieszania. Prawie dwa dni wyjęte z życia. Kierowca firmy transportowej nie chciał dać mi kontaktu do hotelu, w którym rzekomo pozostawił mojego psa na losu pastwę. I żądał ode mnie pieniędzy mimo wszystko. Skontaktowałam się więc z właścicielem firmy. Nasza telefoniczna rozmowa nie należała do przyjemnych:

- Jak dam pani numer telefonu do hotelu, to mi pani nie zapłaci jak przyjadę bez psa. 
- W ogóle panu nie zapłacę jeśli mi pan tego numeru nie da!
- Nie mamy żadnej umowy, tylko potwierdzenie mailowe, więc muszę mieć dodatkowe zabezpieczenie.
- Nie obchodzi mnie to w tym momencie. To Pana decyzja w jaki sposób prowadzi pan firmę. Podkreślam, że nie przewożono stołu, ale żywe zwierzę. Żądam potwierdzenia, że z psem wszystko w porządku. Chcę rozmawiać z kimś z tego hotelu i ustalić szczegóły pobytu mojego psa oraz kwestię podania mu tabletki jak i kolejnego transportu. 
- Z psem jest wszystko w porządku. Ten hotel jest bardzo ładny i profesjonalny. Cały budynek jest poświęcony na kwaterę dla zwierząt, więc nie ma się pani o co martwić.
- Ja nie chcę pańskiego potwierdzenia, tylko potwierdzenia pracownika hotelu.
- Pani nie rozumie, nie dam pani teraz kontaktu. Jak dojedzie do pani kierowca, dostarczy dokumenty, pani zapłaci, to dostanie pani namiary na hotel.
- Kierowca przewiduje przyjazd do mnie w środku nocy. Jak mam dla potwierdzenia zdarzenia zadzwonić do Francji o tej godzinie? Poza tym będzie on tutaj za 12h, ja nie mogę tyle czekać. Chcę skontaktować się z hotelem, aby podano psu tabletkę, ponieważ musi on odczekać 24h jak pan wie, więc czas jest w tym momencie dla mnie istotny.
- Hotel jest całodobowy. Ale jeśli chce pani kontakt teraz, to wyślę pani mój numer konta i wykona pani przelew za transport. Tak możemy zrobić.
- Nie możemy tak zrobić, bo jak dostanie pan pieniądze na konto, to być może nikt się u mnie nie pojawi z bagażem psa i dokumentami.
- Pojawi się. 
- To ja też panu mogę powiedzieć, że panu zapłacę.
- Przykro mi. Najpierw pieniądze.

Rozłączył się i wysłał mi numer konta sms-em. Kiedy powiedziałam Philippowi o całej rozmowie sam zadzwonił do kierowcy i zapytał:

- Hey, do you speak English?
- A little bit.
- A little bit is enough man...

Po czym przedstawił się kulturalnie i zaznaczył, że jak nie dostaniemy kontaktu do hotelu w tej chwili right now, to pan kierowca po przyjeździe może co najwyżej dostać w mordę, a nie pieniądze. A jeśli się nie pojawi, to Philippe zamówi inny transport pod inny adres do Szkocji, tylko po to aby się z nim zobaczyć i dać mu w mordę anyway i nawet pan kierowca nie będzie wiedział kiedy jedzie do Philippa po wpierdal.


Pan w słuchawce zmiękł i wybąkał po angielsku:
- Dobrze, wyślę wam ten numer.
- Świetnie, czekam. Teraz. Nie rozłączaj się, tylko w tej chwili wysyłaj sms albo zdjęcie dokumentu z pieczątką hotelu. 

Okazuje się, że fajnie jest mieć cycki, ale czasem bardziej przydatne są przysłowiowe jaja. Szczególnie gdy chcę się komuś zagrozić, że dostanie w mordę.

Dostaliśmy numer telefonu od razu. Ale i tak nie było to łatwe. Hotel okazał się nie być całodobowy jak zapewniał pan kierowca. Nie był nawet pół-dobowy. Siostra Philippe z Francji, próbowała dobić się do hotelu przez pół dnia. Kiedy w końcu ktoś odebrał okazało się, że owszem pies jest, ale hotel to taki raczej prywatny, czyli firma krzak i nie akceptują żadnych przelewów, cash only. Ponadto nie ma tam weterynarza, który miałby podać psu tabletkę, a właściciel garażu dla psów nie będzie wykładał pieniędzy za tę usługę w ciemno, bo nie ma pewności, że mu zapłacę..

Byliśmy w kropce. Dodatkowo pan kierowca wcale nie pojawił się pod moim adresem z bagażem mojego psa, ani z jakimiś very fuckin' important dokumentami. Kontakt się urwał. Nikt już do mnie nie dzwonił.

Ostatecznie uświadomiłam sobie, że nie pozostaje mi nic innego, jak po mojego psiego przyjaciela po prostu jechać. Tak też uczyniłam.

MISJA: NA RATUNEK HOMEROWI!

Następnego dnia o 7:00 rano byłam już w pociągu z Edynburga do Londynu. Przesiadłam się w pociąg do Dover, gdzie następnie wzięłam taksówkę, której zaciekawiony moją historia kierowca poczuł misję zmniejszeni moich problemów i pojechał ze mną do portu, wszedł do niego ze mną, dopytywaliśmy razem o możliwość przetransportowania psa to come back, aż w końcu... Kiedy nam powiedziano, że jedyna opcja to samochód, bo tylko na jego pokładzie mogą przebywać zwierzęta, taxi driver chciał nawet ze mną jechać w dwie strony i to za uczciwe pieniądze, ale niestety powrót tego samego dnia był niemożliwy i ze względu na kwarantannę Homera, planowałam zostać na noc w Calais.
Kierowca życzył mi powodzenia, wziął tylko 5 funtów za podwózkę i powiedział, że będzie mnie jutro wypatrywał na dworcu kolejowym. 
Można na swojej drodze spotkać ludzi, którzy nie chcą z ciebie zedrzeć wszystkiej kasy, ale chcą pomóc w czymkolwiek, drobnym nawet, ot tak z dobroci serca. 
W porcie w Dover.

Widoki z portu w Dover
Na promie miałam wrażenie, że płynę sama. Było śmiertelnie pusto i cicho. Później dopiero zeszło się kilkoro ludzi. Z nudów poznałam Polaka i napiłam się odrobiny wina na cześć mojej choroby morskiej. Nie omieszkałam sfotografować kilka zjawisk, takich jak chociażby pokładowa popielniczka.
Wspomniana pokładowa popielniczka oraz polskie instrukcje w toalecie
Strefa pasażerska na pokładzie promu 1
Strefa pasażerska na pokładzie promu 2

HOMER - FRANCUSKI PIESEK

Dotarłam do Calais o godzinie 20:00 i wzięłam taksówkę do tego hotelu dla zwierząt. W międzyczasie, mamie Philippa udało się ubłagać telefonicznie tego faceta z hotelu, żeby zorganizował weterynarza i tabletkę dla Homera. Dotarłam do niego o 20:30. Ciemno, zimno, pole, drewniany płot, zero dzwonka tudzież domofonu. Jednym słowem: NĘDZA. Taksówkarz dzwonił to faceta cztery razy aby poinformować, że już jesteśmy i czekamy pod drewnianą barykadą... W końcu, kiedy spaliłam już drugiego papierosa i kiedy taksówkarz oddał mocz w krzakach a licznik taksometru przekroczył 70 euro, facet odebrał telefon i przyprowadził mi do drewnianych wrót mojego czworonoga.

Nie dyskutując za wiele, ponieważ mój francuski to tylko żemapael carolin, merci buku i ewentualnie pardą. Jego angielski z kolei na levelu podobnym raczej, to i gadać nie było o czym. Nie będziemy się bez końca sobie przedstawiać, dziękować i się przepraszać... Na co, po co, za co?
Taksometr mi już dobijał do 80 euro, więc czas naglił a jeszcze dojechać do hotelu trzeba było, coby spędzić noc nie pod niebem gołym, a dachem.

Nie wspomnę o tym, że facet z psiego hotelu tudzież firmy krzak zażyczył sobie horrendalnych pieniędzy bez żadnego rachunku czy faktury. Biznesmeni pożal się panie Kowalski... Nikt nie podpisuje umów, nie pokazuje rachunków, nie odprowadza podatków i się kula jakoś. Do czasu aż pojawia się problem. Wtedy wszyscy z łatwością mogą umyć ręce i nie są za nic odpowiedzialni. 
Nie wspomnę też, że Homer nie miał ze sobą żadnego bagażu, ponieważ firma transportowa go po prostu skradła. Oznacza to, że nie miał też swoich misek, smyczy automatycznej, leków, zabawek, akcesoriów, kosmetyków... Wszystko nowe, specjalnie kupione na przeprowadzkę i wyjazd.

A miał takie odjazdowe, antypoślizgowe miski! Idealne dla jego płaskiego pyska. Nie szorował nimi po podłodze i nie doprowadzał mnie do obłędu....

Cóż. Tej nocy w hotelu we Francji jadł z podłogi i pił z hotelowego bidetu. A ja martwiłam się o to, jak mam przedostać się ze śmierdzielem przez kanał, skoro nie mam samochodu...  Mało spałam tej nocy. Jak bum cyk cyk. Taka dygresja only...

Poza tym: JAK DO NĘDZY MOŻNA OKRAŚĆ PSA? Czy to nie jest szczyt kradzieży?
Po zakwaterowaniu się w hotelu, zrobiłam sobie dwugodzinny spacer po miasteczku.
Nocą niektóre miejsca nabierają jeszcze więcej uroku. Szczególnie beffroi'e - wieże,
których u nas w Polsce raczej nie można zobaczyć, ponieważ były budowane
wyłącznie w zachodniej części Europy. Oto jedna z nich - wieża zegarowa
i dzwonnica w jednym. Kiedyś cenny element miasta i symbol dobrobytu.
Dziś - powiew historii i przyjemność dla oka.
Następnego dnia w południe byliśmy gotowi do wyjazdu z Francji. Kwarantanna Homera mijała o 11:35. O tej godzinie postanowiliśmy pojawić się w porcie, do którego mieliśmy 700 metrów. Pomyślałam: "zrobimy sobie spacer, ładna pogoda w końcu". Jakże głupia byłam. Naiwnie zignorowałam moje szczęście do nieszczęść. Jak tylko przeszliśmy 100 metrów... lunął deszcz. Ale to taki, który nas zmoczył w kilka sekund. Miałam kaptur, czapkę a włosy i tak były wilgotne.
W dodatku port był tak wielki i tak ogrodzony, że nie mogłam znaleźć wejścia dla pieszych pasażerów. Ale to już wina mojego braku orientacji w terenie. Biorę to na klatę.
Zdjęcie portu z lotu ptaka. Jak widać jest spory. Ten w Dover, to zaledwie rozmiar polskiego dworca PKS... 
Miejsce oznaczone strzałką, to budynek portu, w którym kupuje się biletu, i do którego musiałam się dostać. 
Cały port jest ogrodzony i jest tylko jedno wejście dla pieszych pasażerów. Teraz wyobraźcie sobie mnie 
z grubym psem, torbą, w deszczu, szukającą wejście w ogrodzeniu...  
Myślę, że byłam bliska okrążenia portu z buta. 
Źródło: google.com

MARZENIE O ZACZAROWANYM OŁÓWKU

Kiedy już doczłapaliśmy się (przez odkryte przypadkiem dachowe tunele) do wejścia głównego portu, wcale nie poczułam się lepiej. Wiedziałam, że nadal nie posiadam zaczarowanego ołówka i nie jestem w stanie narysować sobie samochodu. Weszliśmy do punktu informacyjno-ticketowego cali ociekający deszczem. Nie wiem, które z nas wyglądało bardziej żałośnie i wzbudzało większą litość w oczach ludzi - ja czy Homer. Pracownicy portu już przez szklane szyby uśmiechali się do nas i poprawiali pozycje swoich ciał w krzesłach, przygotowując się do ciekawej rozmowy.
Po wytłumaczeniu historii, poprzedzonej zapytaniem: „du ju spik inglisz?”, wzbudziliśmy litość, a Homer został okrzyknięty „psem wędrownikiem”. Nie zmieniło to jednak naszej gównianej sytuacji i nadal byliśmy w dupie. Nie było opcji, aby ot tak za wyłupiaste oczy mopsa wejść na pokład jako foot pasażer. Pani z przezabawnym francuskim akcentem poleciła, jak wszyscy, abym poszukała kogoś, kto jedzie autem. Zapytałam jak mam to zrobić? Gdzie mam iść? Na parking? Ona na to, że najprościej jest czatować przy wejściu i pytać ludzi, którzy wchodzą po bilety...
Wyobrażacie sobie pewnie, jak się w tym momencie poczułam.
Tak wyglądało to w mojej głowie....
Uznałam, że w tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak zapalić papierosa i wyciszyć myśli. Pomogło. Zebrałam się do kupy i stwierdziłam, że przecież to żaden wstyd. To nic takiego, że ludzie mają emergency situation i muszą błagać czasem o pomoc. No może nie błagać, ale bardzo prosić na pewno. Zdecydowałam, że uczynię te szopkę. Zgasiłam papierosa i zaczęłam rozglądać się dookoła.
Nic.
Zero.
Pustka.

Listopadowy czwartek i almost nikt nie płynął promem. Nastawiłam się, że ludzie będą mi odmawiać, ale nie nastawiłam się, że nie będę miała kogo pytać...

PODRÓŻNIK ROZUMIE PODRÓŻNIKA

Po jakichś 15 minutach mojej rozpaczy na francuskim pustkowiu zwanym parkingiem w Ferry Port, z budynku wyszedł jakiś facet w płaszczu. W mojej głowie zabrzmiał alarm pod tytułem „ktoś idzie!”. Ale wiecie jak to jest: macie impuls w myślach ale nie możecie zadziałać. Stałam kilka sekund i toczyłam wojnę w mojej czaszce: krzyknąć do niego, czy nie. Facet oddalał się szybkim krokiem w stronę parkingu.
Raz kozie śmierć!
Krzyknęłam po angielsku, aby go zatrzymać i zaczęłam biec z mokrym mopsem w jego stronę. Kiedy po zapytaniu „do ju spik inglisz?” usłyszałam „of kors”, chyba nawet się uśmiechnęłam. Skróciłam facetowi historię do dwóch dość obciążających jego psychikę zdań i powiedziałam, że to piekielnie emergency urugent bo inaczej zostaniemy tutaj na zawsze, aż nie uzbieram na samochód albo na taksówkę, która jest w podobnej cenie.
Facet uśmiechnął się i powiedział, że zabrałby mnie bez problemu, tylko kwestia jest taka, że on już ma w samochodzie psa. Really? Jedyny człowiek na pustkowiu, w dodatku chętny zrobić przysługę i też akurat ma psa!!!

Zdechłam mentalnie. Już miałam w oczach horror story jak jego pies rzuca się na Homera i nie ma opcji abyśmy znaleźli jakieś solution tej sytuacji i niestety choćby chciał, to nie może ryzykować, ponieważ psy zostają same w samochodzie podczas rejsu... Więc lepiej dla mnie jak zostanę z żywym psem we Francji, niż dotrę z martwym do Anglii... Tak, tak. Kilka sekund w mojej głowie i już byłaby kolejna produkcja z serii Zombibobry albo Rekinado.

Na szczęście facet uznał, że najpierw sprawdzimy jak psy na siebie zareagują. W drodze to auta zrobiłam wywiad środowiskowy i dowiedziałam się, że to 12-letni labrador imieniem Janusz.
Janusz okazał się być wyjątkowo spokojnym psem, trochę schorowanym ale co istotne – kompletnie niezainteresowanym obecnością takiej kreatury jak chrumkający i śmierdzący mokrym psem Homer.

- To chyba możemy jechać. Mam na imię Stefan.
Poszliśmy więc kupić bilety. Pani w okienku z radością powitała mnie ponownie i z jeszcze większą radością ten bilet sprzedała, uradowana chyba tak samo jak ja, że pies wędrownik może wrócić do domu.
Przemoczony i zmarznięty Homer w samochodzie Stefana. W drodze na pokład.
Stefan miał w samochodzie wszystko, co jest potrzebne podczas podróży z psem. Maty, ręczniki, miski, jedzenie. A ponieważ w wyniku chamskiej kradzieży tudzież ładniej brzmiącego zawłaszczenia mienia posiadaliśmy z Homerem bagaż w liczbie zero, byliśmy tym faktem niezwykle uradowani.

Mężczyzna okazał się być przemiłym gościem narodowości szwajcarskiej i wybierał się do Walii. Jest nauczycielem, pisarzem, dziennikarzem i bardzo dużo podróżuje ze swoim psem, pełniącym funkcję terapeuty. Janusz ma polskie imię, z przyczyn Stefanowi niewiadomych zupełnie, ponieważ kiedy pies miał 3 lata, ktoś z przyjaciół Stefana podrzucił mu informację, że inny ktoś od innych przyjaciół ma psa na oddanie i pies nazywa się tak, jak się nazywa. Tak oto pojawił się Janusz, któremu imienia Stefan nie zmienił, bo uznał w rezultacie, że imię kształtuje charakter a w dodatku mu pasuje.

W trakcie wjazdu na prom zajadałam szwajcarską czekoladę, Homer pożerał smakołyki Janusza, który spał, a Stefan smarował kanapki dżemem na kierownicy. Potem, na pokładzie przy kawie, wymienialiśmy się opowieściami ze swoich podróży i życia – tak nam minęły w sumie trzy godziny.

Przy wyjeździe z pokładu na asfalt uroczego Dover, byliśmy w pierwszej linii, tak więc obeszło się bez korków. Stefan odstawił mnie na stację pociągową i życzyliśmy sobie powodzenia w swoich podróżach. Będę wspominać jego podróżnicze auto, wielkie orle pióro w środku i angielski GPS z irlandzkim akcentem.
Pamiątkowe zdjęcie z Januszem i Stefanem po dotarciu do Dover
W Dover nie omieszkałam sprawdzić, czy przesympatyczny taxi driver jest na postoju cobym mogła pochwalić się wyczynem przetransportowania Homera. A ponieważ miasteczko nie obfituje w tłumy ludzi, to i driver zlecenia nie miał a więc był na postoju. Spaliłam fajkę, a na piękne zakończenie pobytu w Dover, czyli 5 minut przed odjazdem pociągu dostałam mandat od oficera służbisty za spalenie tej fajki i porzucenie jej bezdusznie na chodniku. Mandat w wysokości 75 funtów, na zapłacenie którego mam 14 dni, w przeciwnym razie kwota może wynieść nawet 2 500 funtów. W takich momentach budzi się w człowieku szalony patriotyzm i natychmiast chce wracać do swojego kraju, żeby zapłacić w złotówkach. Taxi driver stawił się za mną, że paliłam z dala od znaku i tego znaku nawet stąd nie widać, poza tym inni w tym właśnie momencie palą in front of the fuckin' enter psia kość i nic z tym faktem służbista zrobić nie chce, tylko po fakcie przylazł tutaj do mnie, kiedy ja już dawno zapomniałam, że paliłam, bo usłyszał pewnie akcent i zwęszył, że turystka się spieszy na pociąg to mandat łatwiej wlepić.
No i łatwiej.
No i wlepił.
Ale się odwołam mailowo, bo mogę i bo UK takie nowoczesne, że można mailować z govermentem, sobie pisma cyfrowe wysyłać w sekundę.

Droga powrotna z Dover nie była już taka stresująca. Homer zrobił furorę na dworcu głównym w Londynie, gdzie brygada antyterrorystyczna robiła sobie z nim zdjęcia, a następnie w pociągu z Londynu spotkaliśmy mężczyznę, który remontuje stare pociągi, takie jak Orient Express z Harrego Pottera. Facet powiadał mi o swojej pracy inżyniera przez kilka godzin, aż do Edynburga. 




Dotarliśmy bezpiecznie :) 
Cheers!
Share on Google Plus

About Caroline Flower

O samej sobie w słowach kilku? Proszę: Muzyk, dziennikarka, podróżniczka i blogerka. Z zawodu marketingowiec. Niedoszły terapeuta. Kocham czytać treści nieprzecietne, uwielbiam czarny humor i gotowanie. Nagrywam płytę, piszę książkę i wiersze. Maluję, rysuję, kolekcjonuję znaczki, pieniądze i korki od wina. Wartość i radość odnajduję w rzeczach prostych. Lubię historie ludzi i miejsc. Wierzę w duszę i jej zjawiskowość. Mam bzika na punkcie mopsów. Chcesz wiedzieć więcej? Zakładka O MNIE.

1 komentarze :

  1. Ta historia jest tak porywająca, że przeczytałam na wdechu :) Co za splot wydarzeń. Co za ludzie. I źli i dobrzy. Podziwiam i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń