Uroki Antarktydy i dźwięki ciszy

Przed podróżą na Antarktydę szalałam z radości, że zobaczę pingwiny cesarskie. A ponieważ wszyscy moi znajomi wiedzą doskonale, że mam bzika na punkcie pingwinów, możecie się domyślić jak bardzo szalałam. Uzupełniłam swoją wiedzę na ten temat przed podróżą i hej przygodo! Okazało się jednak, że... bardziej, niż pingwiny urzekła mnie Antarktyda sama w sobie.
Zatoka Neko Harbour
Każdy poranek witałam na 7 decku, na zewnątrz. Otulona ciepłą kurtką, z gorącą kawą w ręku. To był mój rytuał przez cztery miesiące: kawa na świeżym powietrzu i wpatrywanie się w biel. Nigdy wcześniej nie sądziłam, że kiedykolwiek polubię mroźne poranki. Białe góry lodowe każdego dnia niby identyczne, ale jednak inne. Codziennie wzbudzały we mnie zachwyt. Mijaliśmy te olbrzymy płynąc czasem bardzo blisko nich...Wysokie, rzucające cień na pokład. Bijące bardzo zimnym powietrzem i wzbudzające respekt. Jak takie Buki z Muminków... I jeszcze ten oceaniczny szum i zgrzyt pękającego lodu. Czowieka dreszcz przeszywa i to wcale nie z zimna.





Z kolei dryfujące kry bardzo mnie uspokajały. Ich wolne tempo spowalniało również i mnie. Natura się przecież nigdzie nie spieszy, ma swoje stałe tempo i odwieczny cykl. Dlaczego więc my tak galopujemy? 





Niecodziennym i wyjątkowym doznaniem były zwierzęta podróżujące na krach. Pingwiny, foki albo nawet ptaki. Czasami w grupach, a czasami zupełnie samotnie. Wszak transport wodny u nich za darmo... 







Najbardziej lubiłam momenty, kiedy zatrzymywaliśmy się w zatokach i statek wyłączał silniki. Wtedy można było usłyszeć wyłącznie naturę. Żadnej autostrady, odgłosów ulicy, rozmów tłumów, stuków, puków, sąsiadów, muzyki...
W mieście najciszej jest w niedzielę przed południem. Lubię wtedy otwierać okno, zwłaszcza wiosną lub latem i delektować się brakiem ogdłosów miejskich. Niestety zawsze znajdzie się ktoś z sąsiedztwa, kto się ciszą delektować niekoniecznie lubi. Na przykład Pani Teresa: "Roman! Do jasnej cholery! Wyleź mi z tego wyra, toć pościel muszę wymienić, boś się schlał jak prosię i śmierdzi."
Zdecydowanie wolę uroki Antarktydy. Nie ma tam sąsiedzkich scen. Nie ma tam ludzi. Często nawet żadnych zwierząt. Jeśli cisza ma jakikolwiek odgłos, to chyba ją słyszałam. I jest pięknięjsza od wszystkich innych dźwięków. 


Pobyt na siódmym kontynencie bardzo mnie zmienił. Myślę, że na chwilę obecną mogę nawet przyznać, że jestem innym człowiekiem. Nie wiem, czy lepszym. Bycie bliżej natury, oznacza bycie dalej od ludzi. Nie żebym była aspołeczną jednostką, ale myślę, że natura zawsze była moim ulubionym kompanem. We wszystkim. Praca, hobby, odpoczynek, podróże, nauka... 
Wyciszyłam się.

A to kilka moich ulubionych momentów, które udało mi się uchwycić:


Na koniec myśl tygodnia, znaleziona w sieci. Autor nieznany:
Natura dała nam dwoje oczu, dwoje uszu, ale tylko jeden język
po to, abyśmy więcej patrzyli i słuchali, niż mówili.

Share on Google Plus

About Caroline Flower

O samej sobie w słowach kilku? Proszę: Muzyk, dziennikarka, podróżniczka i blogerka. Z zawodu marketingowiec. Niedoszły terapeuta. Kocham czytać treści nieprzecietne, uwielbiam czarny humor i gotowanie. Nagrywam płytę, piszę książkę i wiersze. Maluję, rysuję, kolekcjonuję znaczki, pieniądze i korki od wina. Wartość i radość odnajduję w rzeczach prostych. Lubię historie ludzi i miejsc. Wierzę w duszę i jej zjawiskowość. Mam bzika na punkcie mopsów. Chcesz wiedzieć więcej? Zakładka O MNIE.

0 komentarze :

Prześlij komentarz